Kilka dni temu, tuż po ogłoszeniu wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich we Francji, napisałem tekst o tym, że jest już po tym kraju. Otóż Emmanuel Macron wygrał pierwszy etap drogi do Pałacu Elizejskiego i wszystkie media odtrąbiły jego rychłe zwycięstwo w drugiej turze, do której również dostała się Marine Le Pen z Frontu Narodowego. Wszystko jest niby ok, ale okazało że reprezentat „centrum” z kampanii wyborczej wcale nim nie jest i już zaczyna pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Już nawet nie chodzi o to, że groził Polsce. Najbardziej niebezpiecznym jest fakt, że dogaduje się z islamistami. Jeśli tak jest, to oznacza jeszcze szybsze i bardziej bolesne przejście Francji na islam. Sytuacja zrobiła się bardzo niebezpieczna.

 

 

Podczas kampanii wyborczej Emmanuel Macron promowany był, jako kandydat szeroko rozumianego centrum. Oczywiście komentatorzy polityczni patrzyli na to z przymrużeniem oka, gdyż znali jego karierę i ludzi którzy pomagali mu w dojściu do ważnych stanowisk. Jednak po kompletnej klapie wizerunkowej Hollanda trzeba było dokonać swego rodzaju zagrania, by wystawić kandydata z tego samego obozu politycznego, ale wmówić potencjalnym wyborcom, że ten „nowy” wyborca ma odmienne poglądy. Sztuka się udała i Macron wygrał pierwszą turę. Tu  na przeciwko jest tylko Le Pen, gdzie już nie trzeba tak mocno udawać i  mozna pokazać swoje prawdziwe oblicze. A jakie ono jest? Otóż Macron jest fanatycznym eurokratą i zwolennikiem Unii Europejskiej oraz kolejnym politykiem – idiotą który wmawia nam, że islam można pogodzić z kulturą zachodu i że wyznawcy tej religii są zdolni do życia w symbiozie z innymi. Nasz bohater miło poprosił by przedstawiciele salafitów francuzkich poparli jego kadydaturę na prezydenta Francji! Co to oznacza? A to moi drodzy, że trójkolorowi staną się pierwszą republiką islamską w Europie! Przecież skoro poprosił ich o poparcie, to musiał coś w zamian obiecać. A co mógł obiecać? Więcej wolności w wyznawaniu ich religii i pójście na ustępstwa tam, gdzie wcześniej nie chciano iść na ustępstwa. Po prostu, to kolejny i bardzo ważny krok do tego by nad Francją zawisł półksiężyc. Oczywiście kandydatura Le Pen pomaga w osiągnięciu takich porozumień, ponieważ to jedyna opcja polityczna, która może islamizację tego kraju, ale jednak fakt, że kandydat Macron wprost dogaduje się z wysoko postawionymi duchownymi islamskimi, oznacza konkretny deal. A czego mogą chcieć mahometanie? Odpowiedź jest prosta.

 

Od wielu lat poważni komentatorzy, publicyści i pisarze przestrzegają Francuzów przed tym, że islam będzie królował w ich kraju. W większości przypadków „postępowi” politycy, dziennikarze i inni zbywali takie ostrzeżenia głupą miną, lub oskarżeniami o brak tolerancji itd. Po ostatnich dwóch latach już nie jest im do śmiechu, ale wciąż udają, że nic się nie dzieje. Po ostatnich wystąpieniach Macrona wygląda na to , że proces dominacji wspomnianej religii nad Sekwaną bedzie postępował szybciej, niż się innym wydawało. Maski opadają i w imię poprawności politycznej i akceptacji innych, wielu polityków chce podpalić Europę i idzie na szeroko idące ustępstwa wobec wyznawców Allacha. Okazuje się, że sytuacja wyklarowała się tak mocno, że 7 maja Francuzi będą mieli prosty wybór. Czy zachować jakiekolwiek sznase na Francję, którą znają? Czy oddać głos na Macrona i powoli godzić się na nowy porządek i powolne tracenie wolności i swobodnego życia w ich własnym państwie.

Piotr Szlachtowicz

thenowypolskishow.co.uk